web analytics

Agora Gallery

My photos on Flickr

My FeaturePics

Mexico trips

My Most Photos

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008

Kontakt

[Księga gości]


Impresje z podróży

Link 20.01.2009 :: 18:26 Napisz(0)

Rozdział piąty
Grube ryby i inni faceci




Czas mijał... Kłamstwem by było powiedzieć, że po nocach śniłam o tym nowopoznanym nieznajomym. Byłam zbyt zajęta wieloma innymi sprawami. Nowe miejsce, nowi ludzie. Miałam jednak jakąś nie do końca uświadamianą pewność, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Czasami tylko, przez dziwne zbiegi okoliczności, przypominałam sobie o jego istnieniu. Raz na przykład, kiedy to Marian, oznajmił mi, że oto właśnie Mateusz złoży mu dziś wizytę. Mateusz się nie pojawił, nie zadzwonił nawet, by wytłumaczyć się ze swej nieobecności, a życie i tak toczyło się dalej.

Do drugiego spotkania o mały włos by nie doszło. Marian, pewnie zastanawiając się czy to w ogóle zrobić w ostatniej chwili poinformował mnie o pewnych targach. Sam nie do końca wiedział, po co tam właściwie idziemy. Było to jednak jakieś nowe doświadczenie. Na miejscu okazało się, że mamy tam reprezentować pewną firmę, o której istnieniu nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Posadzono nas za stołem, a my tamując śmiech i zażenowanie udawaliśmy, że znamy się na rybołówstwie. Jak bardzo zdziwieni musieli być ci Chińczycy, kiedy gdy dawali nam swoje wizytówki, nie otrzymali nic w zamian. W kraju, gdzie nawet taksówkarze czy sprzedawcy nielegalnych CD je mają!

Wtedy go dostrzegłam. Podobnie jak my siedział za którymś ze stołów pochłonięty rozmową z potencjalnymi klientami. Jak się później okazało reprezentował tam swoją firmę. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Nigdy jakoś nie pałałam wielką miłością do biznesmenów. Znałam trochę to środowisko i nie budzili we mnie zbyt wielkiego zaufania. Może to kolejne błędne przekonanie, którego się zbyt kurczowo trzymałam, ale większości z nich, z paroma wyjątkami, nie uważałam też za zbyt ciekawych ludzi. Cóż, mieli żyłkę do interesów, na tym się świetnie znali, ale poza dobrymi garniturami, samochodami i innymi gadżetami nie mieli do zaoferowania nic więcej. I ta ich dobijająca pewność siebie, którą zyskiwali dzięki posiadanym pieniądzom i wszystkim rzeczom, które się z nimi wiązały. Tak, więc o ile większość kobiet słowo biznesmen mogło przyprawić o drżenie serca, to mnie wręcz odwrotnie. Życie lubi jednak płatać nam figle.

Wtedy też dostrzegłam u niego pewną cechę, która wtedy jeszcze budziła we mnie swoistą ciekawość i zadziwienie, a która dopiero później, w jakże innych już okolicznościach, miała mi się dać we znaki i być może przyczyniła się do pewnego rozstrojenia nerwowego. Był to albo rodzaj ucieczki, unikania konfrontacji, w stosunku do osób, które są lub stały się w jakiś sposób dla niego bezużyteczne czy też niewygodne, albo też może coś z pozy gwiazdora, który tak jest rozrywany, że nie może wszystkim poświęcić swego, jakże już skurczonego do minimum czasu. Pewien Chińczyk podszedł do mnie i zapytał czy mogę mu poświęcić trochę czasu, bo tamten pan (miał na myśli Mateusza) mówi mu ciągle „za chwilę, za chwilę”, ale czeka już tak długo, że nie sądzi, żeby ta chwila kiedyś nadeszła. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby dotyczyło to jednej osoby, ale z tego, co zauważyłam nie była to jedyna odsyłana przez „biznesmena” Mateusza zdenerwowana ofiara. Kiedy zwróciłam mu na to uwagę, roześmiał się, machnął ręką i mruknął coś pod nosem. Jak już wspomniałam, wówczas jednak, poza wywołaniem pewnego zadziwienia, gdyż było to coś, co nie do końca mogłam pojąć, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Zresztą ja wtedy, albo tak mi się tylko wydawało, nie należałam jeszcze do osób, które w ten sposób były przez niego traktowane. „Koło mnie się” przecież nawet „przyjemnie szło”. Widzieliśmy się dopiero drugi raz w życiu, nie było żadnego powodu. Nie byłam natrętna, nie narzucałam mu swojej osoby, sam raczej szukał mojego towarzystwa.

Po uroczystym obiedzie, wyszliśmy z hotelu i poszliśmy razem w stronę metra rozmawiając o naszych wrażeniach na temat Chin i Szanghaju. Nagle Marian poczuł się zobowiązany poinformować Mateusza, że jeden bogaty student z Japonii przychodzi do mojego pokoju, kładzie się na łóżku i mówi, że będzie u mnie spał. Chodziło o naszego kolegę z klasy. Aki, bo tak miał na imię, z pewnością mnie lubił. Kiedy przyjechałam do Chin prowadzał się z ładną, energiczną Japonką z pieprzykami. W pewnym momencie jednak ich stosunki się oziębiły. Pewnego dnia, gdy w przerwie między lekcjami staliśmy w kilka osób pod salą rozbawieni, zjawiała się Ginko. Stanęła między nami i bez słowa wyjaśnienia walnęła Akiego w policzek. Kiedy odeszła, jak gdyby nigdy nic wróciliśmy, w tym również Aki, do przerwanej rozmowy. Nie wiem co było powodem takiego zachowania Japonki. Pewnie zazdrość w stosunku do mojej osoby, ponieważ Aki raczej nie ukrywał swojej sympatii do mnie. Od tamtej pory, choć nic się nigdy między mną a Akim nie zdarzyło, wręcz przeciwnie zajął się na jakiś czas biuściastą Ukrainką, stałam się jej największym wrogiem. Po prostu mnie znienawidziła i przy każdej okazji, w dość zabawny sposób okazywała swoją niechęć do mojej osoby. Nienawiść swoją kierowała nie do tej osoby, co trzeba - jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - bo to nie ja w końcu skradłam względy chłopaka. Nawet nie próbowałam. W tamtym okresie wraz z dwoma przesympatycznymi Koreankami, z którymi się potem zaprzyjaźniłam, nadała mi przydomek „Nai nai”, czyli babcia. Byłam od nich o parę lat starsza. Kiedy tylko zjawiałam się na stołówce z odległego krańca pomieszczenia dobiegał mnie basowy głos Koreanki Mei Ai: Nai nai! nai nai! Przydomek ten rozśmieszał mnie jednak nie mniej niż miny strojone na mój widok przez Ginko.

Wróćmy jednak do stacji metra. Kiedy Mateusz to usłyszał spojrzał na mnie badawczo i zapytał czy nie mam ochoty związać się z tym Japończykiem. „Za młody”, mruknęłam i wsiedliśmy do metra, które właśnie podjechało.
I to spotkanie, znów zupełnie przypadkowe, nie zmieniło zbyt wiele w mym dotychczasowym trybie życia. Owszem, na chwilę moja równowaga została zachwiana, ale nadal cierpliwie czekałam na to, co się dopiero wydarzy. Bo niewątpliwie, wiedziałam to z całą pewnością, nie było to chwilowe zauroczenie, które, kiedy się nic jeszcze nie zaczęło, tak oto nagle, bez żadnego ciągu dalszego, miało umrzeć. Wiedziałam też, że gdyby tylko nadarzyła się sposobność, to nic nie byłoby w stanie powstrzymać ani jego, ani mnie, przed zrobieniem następnego kroku, ku większej intymności. Nie robiłam jednak nic, by go odnaleźć, spotkać się czy w jakikolwiek sposób nawiązać z nim kontakt. Zostawiałam to całkowicie w rękach losu, by dopiero potem wziąć to w swoje ręce. On też mnie nie szukał. Zresztą, o czym łaskawie poinformował mnie Marian, on był już, podobnie jak sam Marian i wielu innych Polaków, z których każdemu zdawać się mogło, że są niezwykle oryginalni w swoich gustach, związany z jakąś Japonką. Z Japonką, której nikt nigdy nie widział.








         Previous


powered by Ownlog.com& Fotolog.pl

Copyright © Moniwe 2006

All rights reserved!!!